Napierdalanka na Evereście

Lubię napierdalanki. Patrzeć na nie i opisywać… z dużej odległości. Na przykład dzisiaj z 18 piętra mojego biurowca, gdzie pracuję dla dobra wielkiej korporacji widziałem demonstrację kiboli łódzkich drużyn piłkarskich w sprawie budowy (albo nie) kilku pięknych stadionów piłkarskich. Żeby było co demolować przez lata, oczywiście. Imponujące widowisko. Z cyklu: ”światło, dźwięk, gaz i prąd”.
Ale do rzeczy.
Onegdaj, jakieś dwa tygodnie temu, świat alpinistyczny zelektryzowała fascynująca wiadomość, że trzech europejczyków, białasów jednych, chciało w dwójce na Evereście sflekować drobnych i spokojnych jak żółwie z wysp Galapagos, Szerpów. Albo odwrotnie, nie wiem. Znani jednak z oddania dla białej alpinistycznej rasy przedstawiciele dumnego plemienia górskiego oddali się wtedy swojemu ulubionemu zajęciu, czyli wyjściu z nerw.
Też mi news.
Ja, również onegdaj, co opisał zręcznie w swojej książce Rysiek P., wnerwiłem czymś Szerpów w bazie pod Makalu. I słusznie i sprawiedliwie chcieli mi wpier…ć. Wtedy, obronili mnie, samuraje z kraju Kwitnącej Wiśni, przy pomocy spokojnej perswazji, piorunujących spojrzeń i (tego już nie widziałem) ciosów karate :-). Tak więc tradycja sprawiedliwego i zasłużonego spuszczania łomotu białym w bazach jest znana od zeszłego stulecia. Wtedy, pod Makalu, zabijcie mnie, nie wiem, o co poszło.
A tu sytuacja wyglądała z grubsza tak.
99% białasów, przebranych udanie za alpinistów czekała spokojnie w bazie, pijąc café latte albo espresso i oddając się lekturze książek, aż zdolna młodzież szerpańska pod światłym kierunkiem weteranów poręczowania na normalnej na Everest zaporęczuje do takiego miejsca, żeby można było jednocześnie wypiąć się z jumara i dotknąć szczytowego triangula. W nikt nie miał im w tym zbożnym dziele przeszkadzać. Bo tak jest co roku i jest to uświęcona górska tradycja. Czyli białasy do budy a górale z doliny Khumbu do góry. A tu proszę zong!!. Trzech, takich, co to umieją się wspinać, wyszli do góry i pojawili się w polu „radarów” Szerpów. Co więcej, poruszali się sami, bez potrzeby podpierania się poręczówkami, nie umierali na podejściu i nie potrzebowali zwyczajowej asystencji Szerpów. Toż to świętokractwo. Szerpowie (podobnie jak Aztekowie, którzy zobaczyli wojsko Corteza) mieli dwa wyjście: pierwsze, rzucić się na kolana i czcić tych bogów albo wnerwić się na tę manifestację i okazać to okazale. Jak się można domyślać, wybrali to drugie. By się wnerwić na maksa, posłużyli się prostym zabiegiem socjotechnicznych, rodem z boisk piłkarskich. Jeden z nich nagle zaczął wić się z bólu po brutalnym faulu od oddalonego o 50 m od niego przeciwnika. O brutal, zakrzyknęli inni i zaczęło się. Porzucili robotę do której zostali wynajęci i wrócili do obozu drugiego, by się naradzić nad rodzajem kęsimu, taki chcieliby sprawić tym białym faularzom. W obozie drugim zebrała się ich garstka, jakieś sto sztuk i ruszyli na przeważającego ich liczebnie ( w liczbie trzech) przeciwnika. Biali nerwowo podskakiwali, krzycząc: „chodźcie, chodźcie, damy wam wycisk”, a oni, ci Szerpowie szlachetni spokojnie i z determinacją godną Spartan ruszyli by bronić swego honoru i zdrowia i życia jak wąwozu Termopile. I, stał się cud. Dali radę. Wyłomotali białych, tak, że na kolanach prosili o przebaczenie. I w akcie przebaczenia i wspaniałomyślności pozwolili pokonanym w tak szlachetny sposób zejść do bazy inną drogą niż ta którą chodzili będący pod ich niezłomną pieczą ( a będący wtedy w bazie) pozostali biali przyszli zdobywcy Everestu. Wygrzmocona trójka z podkulonym ogonem czmychnęła do bazy, gdzie wspaniali Szerpowie dali się jeszcze raz przeprosić i sami w swej szlachetności też przeprosili, by nie wyszło, że ćwoki i chamidła. Nie, nie, to szlachetna rasa i obyta z dobrymi zwyczajami i wychowaniem.
Wytarmoszeni biali wrócili jak niepyszni do Europy, by z dużej odległości wyszydzać i oczerniać.
Ale na placu boju zostali najlepsi. Są i będą i jak tak dalej pójdzie, to tylko w ich czułych objęciach będzie można wejść na Everest. I dobrze, bo dobro się zawsze dobrem zwraca, nawet jak na Evereście chodzi bardziej o treść żołądka.

Wasz obserwator z ramienia