Czas na bieguny

Nie, nie, to nie tytuł następnego projektu. To refleksja z lektury pewnego newsa na portalu explorersweb. Oto on:

http://www.explorersweb.com/polar/news.php?url=hoax-or-not-martin-szwed-claims-new-sout_142375036

W dużym skrócie, koleś w Niemiec o swojsko brzmiącym nazwisku Szwed (ale Martin) oznajmił wszem i wobec ale mimochodem, że wykręcił niebotyczny czas na klasycznej trasie od wybrzeża do bieguna południowego. Otóż, oznajmił, że dystans około 1200 km pokonał w 14 dni 18 godzin i 43 minuty. Dla porównania poprzedni rekord należał do Norwega (jakże by inaczej) Christiana Eide i wynosił 24 dni 1 godzina i 13 minut. Różnica 10 dni na takiej trasie, to kosmos, dlatego redakcja portalu pokusiła się o weryfikację. W ten wynik powątpiewają także doświadczeni polarnicy jak Tom Sjogren i  oczywiście sam Christian Eide. Okazało się, że sprawa tego przejścia jest mocno tajemnicza. Otóż Martin Szwed był na Antarktydzie, bo wspiął się z agencją Amical na Mount Vinson. Potem zniknął z Antarktydy (wyleciał do Chile) i jakiś czas później pojawiło się info o jego przejściu. Szwed donosił w nim, że ciągnął sanie o wadze około 100-110 kg i przechodził dziennie 55 km. Szwed pojawił się na Stacji US South Pole Station w formie niewidzialnej dla ludzkiego oka, gdyż żaden pracownik stacji go nie widział. Sam Martin tłumaczy swoją powściągliwość w dokumentowaniu swojego bądź co bądź niebywałego wyczynu, kłopotami z władzami w Niemczech. Co ma Angela Merkel do Martina Szweda i Antarktydy, nie wiem? Chyba nic a chłopię mota się teraz okrutnie, wzięty w obroty przez zawodowych polarników. Trochę śmieszna jest ta historia.  Jak w piosence: „pojawiam się i znikam”. Czyżby jednak Martinowi zaszkodził mocny, północny antarktyczny wiatr? No cóż. Miało Cho Oyu swojego Miszę Salekiego, ma Biegun swojego Szweda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*